Szablon by Alexxa

wtorek, 3 lutego 2015

Szósty.

            Czułam się dużo lepiej. W końcu odważyłam się zrzucić ten ciężar z własnych barków i podzielić się z kimkolwiek tą historią. Oczywiście każdy członek mojej rodziny unikał tematu jak ognia, szczególnie Alice i moja matka, a ja po prostu nie mogłam dłużej dusić tego w sobie. Charlie doskonale znał moje zdanie, dotyczące tej sytuacji, a tato... On ma zbyt miękkie serce, by mu o tym wspominać. Cóż, padło na Ashtona, ale nie czułam się z tym najgorzej. Nigdy nie miałam przyjaciółki i za każdym razem, kiedy oglądałam tandetne, młodzieżowe komedie, było mi przykro. Omijały mnie piżamowe imprezy, jedzenie ton czekolady, podczas oglądania wyciskaczy łez i innych dupereli. Owszem, miałam kilka bliższych koleżanek, ale żadnej nie ufałam na tyle, by nazwać ją swoją przyjaciółką. Gdy potrzebowałam się wygadać, szłam do Alice, a kiedy chciałam iść na zakupy, zabierał mnie Charlie. No, pozostała jeszcze kwestia Olivii, ale to dłuższa historia, raczej nie na teraz.
            Droga do domu Caluma nie przebiegała tak, jak droga na cmentarz. Wtedy byłam zdenerwowana i smutna, teraz śmiałam się głośno z chłopaka, który przedrzeźniał radiowe reklamy. Spytałam go, czy Luke będzie na próbie, na co pokiwał twierdząco głową. Ugh, czeka mnie kolejna konfrontacja z blondynem. Chyba, że znów będzie udawał, że mnie nie ma, co byłoby mi bardzo na rękę. Nie miałam ochoty go widzieć, a co dopiero się z nim kłócić.
            Hood mieszkał w uroczym domku, w Camden. No tak, chwalił mi się, że ma tylko pięć minut drogi do miejsca, w którym urodził się Slash. Oprócz tego, to miejsce kojarzy mi się tylko ze śmiercią Amy Winehouse, która zmarła w swoim mieszkaniu, właśnie w tej dzielnicy. Cal czekał na nas na podjeździe, a gdy tylko wysiadłam z samochodu, rzucił mi się na szyję.
-Cześć, misia. - ucałował mój policzek, na co głośno się zaśmiałam.
-To już czas na nadawanie sobie przezwisk, Hoodie? - spytałam, po czym rozczochrałam jego włosy.
-Może. - wzruszył ramionami. - Chodźcie, chłopaków jeszcze nie ma.
            Poprowadził nas w głąb podwórka. Oczywiście Irwin znał drogę, jak i całe otoczenie, więc tylko ja szłam powoli i rozglądałam się po ogrodzie. Trawnik był równiusieńko skoszony, na środku stała mała, drewniana huśtawka, kątem oka zauważyłam grilla i miejsce na ognisko. Widać było, że jego matka - lub ktokolwiek, kto się tym zajął - znał się na rzeczy. Miejsce nie było chaotycznie usiane kwiatami, rosły tylko na równych rabatach, symetrycznie usianych po całym placu.
            Weszliśmy do blaszanego domku, kiedyś pewnie spełniającego miejsce garażu. Teraz środek wyglądał typowo tak, jak wyobrażałam sobie miejsce, gdzie spędzają czas faceci. Na przeciwko długiej sofy stał przynajmniej czterdziestocalowy telewizor i konsola, wokół której walało się mnóstwo gier, zauważyłam też małą lodówkę i kuchenkę mikrofalową, a nawet gazowy piecyk. Jednak najwięcej miejsca zajmowała perkusja, stojąca wręcz na środku pomieszczenia. Widziałam też kilka gitar, wiszących na ścianie, lub stojących w stojakach. Na podłodze leżało chyba z tysiąc kartek, zapełnionych tekstami i nutami, więc stąpałam delikatnie, żeby niczego nie zniszczyć. Usiadłam po turecku na sofie i wzięłam do ręki książkę, która leżała obok.
-50 twarzy Greya, serio Calum? - zaśmiałam się, pokazując mu książkę. Popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczyma.
-To mojej siostry. - burknął, na co Ashton parsknął śmiechem.
-Przecież Mali od roku jest w Australii, ciołku. - powiedział i usiadł za bębnami. Nie wiem dlaczego, ale to cholernie mi do niego pasowało, dużo bardziej niż gitara.
            Brunet opowiadał swoje durne żarciki, na które reagowałam śmiechem. Niektóre były tak głupie, że aż śmieszne, serio. Włączył telewizor i wszedł na Youtube.
-Ash, czas na kompromitację, bo pokażę jej Gotta get out. - powiedział, odwracając się do przyjaciela.
-Daj spokój. - jęknął, po czym przeskoczył oparcie kanapy i usiadł obok mnie. - Przygotuj się na horror sprzed dwóch lat, Thea. - zaśmiał się i beztrosko położył rękę na oparciu, tuż za moją głową.
            Wlepiłam wzrok w ekran, na którym wciąż widniała startowa strona Youtube. Calum wszedł na swój kanał i włączył pierwszy filmik.
-O. Mój. Boże. - usłyszałam głos Michaela, więc spojrzałam na drzwi. Stał tam razem z Hemmingsem, który wręcz wypalał wzrokiem dziurę w mojej głowie. - Naprawdę nie chcesz tego oglądać.
            Usiadł obok mnie, przy okazji przybijając mi piątkę. Wzruszyłam ramionami, bo naprawdę nie miałam pojęcia o co im wszystkim chodziło. Filmik skończył się buforować i z głośników popłynęły pierwsze dźwięki gitary akustycznej. Szczęka mi opadła, kiedy zobaczyłam chłopaków. Przez trzy minuty i pięćdziesiąt sekund siedziałam jak kołek, w dodatku z rozdziawioną buzią.
-Byliście tacy słodcy! - zaśmiałam się pod nosem i popatrzyłam na swojego współlokatora. - Już wiem po co ci prostownica w łazience.
-Spoko, odzwyczaiłem się od tego. - uśmiechnął się szeroko i wstał ze swojego miejsca. - Nie traćmy czasu, chłopaki.
            Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął pałeczki i usiadł za perkusją. Michael i Luke chwycili akustyczne gitary ze stojaków, a Calum zdjął bas ze ściany i podłączył go do wzmacniacza. Chwilę zajęło im dostrojenie instrumentów, aż w końcu Mikey stwierdził, że wstydzi się, gdy patrzę. Ash kazał mu się ogarnąć, ale ja i tak odwróciłam się tyłem do nich. W końcu Irwin odliczył do czterech i zaczęli grać. Musiałam przyznać (a było ciężko), że Luke ma nieziemski głos. Reszta również nie brzmiała źle, jednak rozumiałam dlaczego to blondyn śpiewał najwięcej. Oczywiście szkoda, że Ashton nie miał jak się wykazać,  ale domyślałam się,  że po prostu byłoby mu ciężko jednocześnie grać.  Co prawda słyszałam tylko jak śpiewał Cassie kołysankę, ale naprawdę brzmiał dobrze.
            Zagrali kilka coverów znanych mi piosenek, a także trochę własnych utworów,  które moim zdaniem były świetne.  Słuchałam ich jak zahipnotyzowana przez ponad dwie godziny i ani trochę się nie znudziłam. Nie zorientowałam się nawet, kiedy skończyli i dopiero Cal, który wskoczył na sofę, wybudził mnie z transu.
-Mam pewien pomysł. - powiedział, kiedy reszta zespołu rozsiadła się na kanapie. - Moich rodziców nie ma do końca tygodnia, więc pomyślałem, że moglibyśmy zrobić sobie małą imprezę.
-Jestem za. - stwierdził zielonowłosy, po czym wstał. - Ale teraz lecę do fryzjera. Czas na małą zmianę. Napiszcie mi później co i o której. - machnął ręką i wyszedł z garażu.
-Pięćdziesiąt funtów, że niebieski. - mruknął Luke, na co pokręciłam głową.
-Czerwony, na dwieście procent. - wzruszyłam ramionami. - Nie widziałeś go, kiedy Charl-
-Okej, Thea, spadamy. - Ashton przerwał mi jak oparzony i poderwał się z sofy. - Będziemy o ósmej, pasuje?
            Pożegnałam się z Hoodem krótkim uściskiem i wyszliśmy z budynku. Zdziwiłam się reakcją Asha, nie miałam żadnych przypuszczeń, dlaczego zachował się tak, a nie inaczej. Postanowiłam go spytać, kiedy będziemy poza zasięgiem słuchu tamtej dwójki.
            Kiedy wsiedliśmy do auta, sprytnie wyrwałam kluczyki z dłoni chłopaka i popatrzyłam na niego z uniesioną brwią.
-Luke nie wie, okej? - spytał retorycznie i wyciągnął dłoń, na której położyłam mu kluczyki. - Jak ty się w ogóle domyśliłaś?
-Serio pytasz? - prychnęłam pod nosem. - Przez jakieś dwadzieścia lat żyłam z gejem pod jednym dachem, Ashton.
            Pokiwał głową ze zrozumieniem, mruknął, że to logiczne i odpalił silnik. Myślałam, że jedziemy prosto do mieszkania, dlatego zaskoczył mnie, kiedy zatrzymał się w centrum. Wysiadł z samochodu, więc poszłam w jego ślady. Weszliśmy do przytulnej knajpki i usiedliśmy przy stoliku, w kącie sali.
-Miałem zamiar tu przyjechać wcześniej, ale plany się nam trochę zmieniły. - wyjaśnił, kiedy spytałam go, co tu robimy. Kiwnęłam głową, że go rozumiem.
            Podszedł do nas młody kelner i poprosił o złożenie zamówienia. Ledwo zdążyłam otworzyć menu, skąd miałam wiedzieć, co wybrać? Pozostało mi tylko zdać się na Ashtona, który już otwierał usta, by coś powiedzieć.
-Dla mnie naleśniki z białym serem, bananami i sosem malinowym, a dla mojej siostry z jagodami i bitą śmietaną. I dwie gazowane wody. Z cytryną.
            Czyżby mój współlokator się mnie wstydził? Oh, najwyraźniej nie byłam warta nazwania koleżanką, czy nawet znajomą. Jeśli był tak skrępowany moją obecnością, nie powinien zabierać mnie w publiczne miejsce, do cholery. Chyba zauważył, że coś jest nie tak, bo szturchnął mnie w kolano, pod stolikiem.
-Co? - burknęłam, nie unosząc wzroku ze starannie złożonej serwetki. - Nazwałeś mnie siostrą. Jeśli nie chcesz pokazywać się z taką zwykłą dziewczyną, jak ja, to mnie po prostu nigdzie nie zabieraj.
-Wyjaśnijmy sobie coś, Thea, bo mnie nie zrozumiałaś. - prychnął rozbawiony. - Nie jesteś zwykła, po pierwsze, nigdy tak o sobie nie myśl. Po drugie, chłoptaś niesie tu wodę. Lekcja druga, niewinny flirt.
            O matko, myślałam, że skoro wyszłam dziś z Jessiem na kawę, to nie będę musiała brać już tych durnych lekcji podrywu. W duchu jęknęłam, ale wyprostowałam się na krzesełku i założyłam nogę na nogę, by dodać sobie chociaż trochę pewności. Blondyn postawił przede mną szklankę z wodą, a ja delikatnie dotknęłam jego dłoni.
-Przepraszam, czy mogłabym domówić sobie jeszcze filiżankę zielonej herbaty? - popatrzyłam kelnerowi prosto w oczy i lekko rozchyliłam wargi.
-T-tak, oczywiście, zaraz ją pani dostanie. - powiedział i odszedł w stronę kuchni.
            Wzięłam do ręki szklankę z wodą i wypiłam połowę jej zawartości. Czułam, jak ręce mi się pocą, więc wytarłam je o dżinsy. Cholera, chyba pierwszy raz od dłuższego czasu się tak zestresowałam. Nawet podczas finałów damskiej ligi angielskiej byłam bardziej rozluźniona. Cóż, może to zaleta naszego fizjoterapeuty, który przed każdym meczem fundował całej drużynie najlepszy masaż na świecie?
            Ashton ponownie mnie szturchnął, czym zasygnalizował mi, że kelner się zbliża. Postawił przede mną filiżankę i talerz z naleśnikami. Nie spuszczając ze mnie wzroku podał zamówienie mojemu towarzyszowi, na co zachichotałam pod nosem. Przyjrzałam się plakietce z imieniem, przypiętej do białej koszuli chłopaka.
-Dziękujemy, Nick, wyglądają przepysznie. - odgarnęłam niesforny kosmyk włosów, który uwolnił się z kucyka, próbując przy tym wyglądać choć trochę subtelnie.
-Mam nadzieję, że ci posmakują. -odparł, lekko się skłonił i wrócił tam, skąd przyszedł.
-W zasadzie to nie było aż tak źle. - stwierdziłam, wzruszywszy ramionami. 
-Proszę cię, mogłaś rzucić w niego tym naleśnikiem, a on i tak chciałby jeść ci z ręki. - zaśmiał się blondyn i wpakował do ust spory kawałek.
            Kiedy obydwoje zaspokoiliśmy głód i pragnienie, i Irwin uregulował rachunek, wyszliśmy z lokalu. Dowiedziałam się, że kelner zapisał na paragonie swój numer telefonu, ale Ash wyrzucił go, tuż po opuszczeniu naleśnikarni. W sumie nie był mi potrzebny, ale i tak zrobiło mi się szkoda chłopaka. Niczym nie zawinił, a skończył jako ofiara mojego nieumiejętnego podrywu. Cóż, udowodnił mi, że nie jestem jakimś chodzącym paszczurem i że faceci jednak się mną interesują. Tylko dlaczego Jessie nigdy nie dał mi żadnego znaku, że chociaż troszeczkę mu się podobam? Ugh i to niby nas, kobiet, nie da się zrozumieć.
            Weszliśmy do mieszkania, a ja szeroko ziewnęłam. Zawsze po jedzeniu robiłam się senna, więc uwolniłam włosy z uścisku frotki i powlokłam się w kierunku pokoju. Zanim jednak zatrzasnęłam za sobą drzwi, wychyliłam głowę za próg.
-Obudź mnie, jak będziemy musieli wychodzić.
            Odkrzyknął, że okej, więc zamknęłam się w sypialni i rzuciłam na łóżko, uprzednio ściągając dżinsy. Nie cierpiałam spać w ciasnych ciuchach, które ograniczały mi ruchy. Najchętniej spałabym nago, niestety nie mieszkałam sama. Zgarnęłam z szafki nocnej słuchawki i podłączyłam je do telefonu. Włączyłam sobie playlistę z piosenkami, które pomagały mi zasnąć. Przyłożyłam głowę do poduszki i gdzieś pod koniec Sway, zespołu The Kooks, zasnęłam.

***
Laptop już żyje, więc jestem na czas <3
Ten rozdział cały z perspektywy Thei, ale myślę, że kolejny będzie cały z perspektywy Ashtona. Noo, zobaczymy, jak to w praniu wyjdzie :D
W poniedziałek wracam do szkoły, oh god, za jakie grzechy :( chociaż i tak chwała temu, kto wymyślił ferie zimowe.
Okay, dajcie znać co myślicie, komentujcie, hejtujcie, wytykajcie błędy. 
Kocham Was! ;* Do następnego.

5 komentarzy:

  1. Boski ja tak uwielbiam Thee ♥ I tak, proszę zrób cały rozdział z perspektywy Asha, plisss!! Rozdział zajebisty ja zawsze ;**

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam na następny cudowny rozdział
    Ja zapraszam cię na moje opowiadanie które pisze z koleżanką http://here-are-dying-white-angels.blogspot.com/2015/01
    Pozdrawiam serdecznie Olcia:*

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam rozdział już wczoraj, ale dość późno, żeby komentować, więc wróciłam dzisiaj, haha. Podoba mi się, ale i tak nie mogę się doczekać perspektywy Ashtona, w sumie sama nie wiem czemu. Akcja u Caluma była świetna i w sumie ja też bym obstawiała raczej czerwony kolor u Michaela niż niebieski, ale kto wie? Jestem bardzo ciekawa tej imprezy i już robię sobie scenariusze co się tam wydarzy, ale nie będę zapeszała, haha. No i uwielbiam relację Ashtona i Thei, ale kto tego nie lubi? Czekam na kolejny. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowny jak zawsze xD

    OdpowiedzUsuń