Szablon by Alexxa

sobota, 12 grudnia 2015

Piętnasty.


-Ash, jesteś?
Zapaliłam lampę, stojącą w korytarzu i utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem w mieszkaniu sama. Zdjęłam z siebie kurtkę, ściągnęłam air maxy i rzuciłam klucze na komodę, uprzednio zamykając drzwi na górny zamek. Będąc już w pokoju, ze sportowej torby wyciągnęłam przepocony dres i brudny ręcznik, i schowałam ją pod łóżko. Chwyciłam za czystą bieliznę i piżamę. Weszłam do łazienki, odkręciłam kurek z ciepłą wodą, żeby napuścić wody do wanny. Rozebrałam się, wrzuciłam brudy do kosza na pranie, zmyłam resztki makijażu i uwolniłam włosy spod nacisku frotki. Rozczesałam je palcami i weszłam do wanny. Nie wiedziałam czy to woda była zbyt gorąca, czy moje mięśnie mnie tak bolały. Dzisiejszy trening chyba przebił wszystkie inne. Jeszcze nigdy nie byłam aż tak wyczerpana. Trener przeszła samą siebie, reszta drużyny dalej buntowała się w sprawie posadzenia mnie na meczu z Umeą. Ja się z tym pogodziłam, wierzyłam w inne napastniczki, wiedziałam, że grają równie dobrze.  Oczywiste, że było mi przykro, ale nie mogłam tego po sobie pokazywać, szczególnie w towarzystwie dziewczyn z drużyny. Nie mogłam też nic z tym zrobić, musiałam czekać na rozpoczęcie kolejnego sezonu.
Nie miałam nawet siły na wylegiwanie się w wannie. Chciałam zjeść coś na szybko, popić ciepłą herbatą, opatulić się moim wściekle różowym, mięciutkim kocem i zasnąć. Jutro czekał mnie równie męczący dzień w warsztacie, więc chciałam się porządnie wyspać.
Stałam przed lustrem i rozczesywałam poplątane włosy. Do moich uszu dobiegło przekręcanie zamka i trzaśnięcie drzwiami, co oznaczało tylko jedno - Ashton wrócił. Krzątał się chwilę po kuchni, co uświadomiłam sobie po dźwięku otwieranej i zamykanej lodówki. Kilka sekund później usłyszałam pukanie i głos mojego współlokatora.
-Thea, żyjesz?
-Nie. - Odpowiedziałam krótko, po czym wrzuciłam szczotkę do kosmetyczki.
Wyszłam z łazienki, niemal wpadając na blondyna. Ten z kolei zaśmiał się i ustąpił w bok, robiąc mi trochę więcej miejsca do przejścia.
-W kuchni masz kolację, kupiłem po drodze. - uśmiechnął się szeroko.
Podziękowałam mu skinieniem głowy i ruszyłam w kierunku unoszącego się w powietrzu słodkiego zapachu. Kąciki moich ust uniosły się ku górze, kiedy zobaczyłam reklamówkę z logiem naleśnikarni, w której byliśmy razem kilka dni temu. Otworzyłam kartonowe pudełko i przełknęłam ślinę, która napłynęła mi do ust. Naleśniki z borówkami, polane syropem czekoladowym to zdecydowanie najlepsza rzecz, która przydarzyła mi się dzisiejszego dnia. Chwyciłam za widelec i od razu zabrałam się za jedzenie.
Ash usiadł na przeciwko mnie, nie rozstając się z puszką Heinekena. Jakim cudem ten człowiek pił przynajmniej jedno piwo dziennie, leniuchując przed telewizorem i nie miał nawet śladu piwnego brzuszka? Przewróciłam oczyma i niekontrolowane parsknięcie uciekło mi z ust. Popatrzył na mnie pytająco, ale pokręciłam głową. Przełknęłam ostatni kawałek naleśnika i odłożyłam widelec na blat.
-Spotkałeś już dziewczynę Cala? - spytałam.
-Trzyma ją w ukryciu jak jakiś skarb - prychnął. - Chociaż wspominał coś o imprezie, żebyśmy wszyscy mogli ją w końcu poznać.
-Oh, kiedy?
-Jutro, tak myślę. - wzruszył ramionami. - Luke nie ma w środę zajęć, Mikey specjalnie wziął wolne, a ja mam namówić ciebie.
-Jutrzejszy wieczór mam zajęty, idę do Jacka - odpowiedziałam.
Mina, jaką zrobił blondyn, rozśmieszyła mnie w takim stopniu, że nie mogłam się powstrzymać i wybuchłam śmiechem. Wydął odrobinę dolną wargę, zagryzł od środka lewy policzek i ściągnął brwi, między którymi utworzyła się ta śmieszna zmarszczka.
-Spokojnie, Ash, nie idę do niego cię zdradzać - rzuciłam, by trochę go rozluźnić.
-No ja myślę - odparł, udając oburzenie.
Podniosłam się ze stołka, szybko umyłam widelec, a puste opakowanie po kolacji wyrzuciłam do kosza. Z lodówki wyciągnęłam butelkę niegazowanej wody, upiłam kilka łyków, po czym wsadziłam ją z powrotem do chłodziarki. Uniosłam ręce do góry i przeciągnęłam się, prostując przy okazji kręgosłup. Ziewnęłam szeroko, nie przejmując się zasłanianiem ust.
-Dzięki za kolację i w ogóle. - odepchnęłam się od szafki i zrobiłam pierwsze dwa kroczki w kierunku pokoju. - Kiedyś się zrewanżuję.
-Tu się należy - powiedział i wskazał palcem na swój policzek.
Zachichotałam cicho pod nosem, ale odwróciłam się na pięcie i podeszłam do siedzącego chłopaka. Zacisnęłam usta w wąską linię, by zatuszować uśmiech, który sam cisnął mi się na twarz. Nachyliłam się nad nim, przerzucając włosy na lewe ramię.
-Dobranoc, Ash - szepnęłam, zahaczając dolną wargą o płatek jego ucha i szybko cmoknęłam go w szorstki policzek.
Chciałam czmychnąć do sypialni jak najszybciej potrafiłam, ale dźwięk i ton głosu blondyna trochę zbił mnie z tropu.
-Cholera, Thea - mruknął oskarżycielskim tonem. - Czemu ty ciągle to robisz?
-Robię co? - stanęłam przodem do niego i założyłam ręce na klatce piersiowej.
-Jeżeli wykorzystujesz te wszystkie swoje sztuczki na Jessiem i ciągle nic, to ten koleś jest albo głupi, albo homoseksualny - prychnął i przewrócił oczyma.
-Ale ja nie robię niczego specjalnie! Poza tym, nasza pierwsza randka nie poszła zbyt dobrze - przypomniałam, wzruszając ramionami.
-Wow, przeszliście już do randkowania? - spytał.
-Teoretycznie umówiliśmy się na drugą - odpowiedziałam, trochę mijając się z prawdą. - Dziękuję za to urocze przesłuchanie. Śpij dobrze.
-Ej no, czekaj - zawołał, kiedy chciałam się ruszyć. Zatrzymałam się, ale sie nie odwróciłam. - Czyli to oznacza, że koniec z naszymi okazjonalnymi numerkami?
Starałam się głośno nie roześmiać, ale cichy chichot i tak opuścił moje usta. Spojrzałam na niego przez lewę ramię, odrobinę mrużąc powieki.
-Nikt nie broni ci próbować. - uśmiechnęłam się szeroko.
Nawet nie starałam się uciekać, bo Ash znalazł się przy mnie tak szybko, że nie zdążyłabym zrobić kroku. Blondyn złapał mnie za ramiona, gwałtownie obrócił i wpił się w moje wargi. Pisnęłam zaskoczona, ale zaczęłam oddawać pocałunki z taką samą siłą, jaką robił to on. Zarzuciłam mu ręce na szyję. Wiodłam paznokciami po jego karku, by w końcu wpleść palce w jego lekko kręcone włosy, ciągnąc delikatnie za ich końce. Jęknął w moje usta, czym wywołał uśmiech na mojej twarzy. Miałam go w garści i wydawało mi się, że on doskonale o tym wie.
Trochę nieświadomie dałam mu się prowadzić. Jedną rękę trzymał w dole moich pleców, nie wiedziałam czy asekurował mnie przed ewentualnym upadkiem, czy było mu tak po prostu wygodnie. W końcu przeszliśmy do salonu, a Ashton opadł na kanapę. Zwinnym ruchem pociągnął mnie za sobą, a ja usiadłam okrakiem na jego udach.
Nasze języki toczyły bezsensowną walkę. Obydwoje chcieliśmy być na wygranej pozycji, może dlatego każdy pojedynczy pocałunek był wręcz desperacki, a zarazem agresywny. Oboje woleliśmy dominować, żadne z nas nie lubiło niczego niepotrzebnie spowalniać. Musiałam przyznać, że mi to odpowiadało.
Zabrałam się za guziki jego flanelowej koszuli. Oderwałam się na chwilę od jego ust. Korzystając z okazji uniosłam wzrok na jego twarz i złapałam jego spojrzenie. Patrzył na mnie jak dziecko na wymarzoną zabawkę, jak spragniony maratończyk na butelkę zimnej wody. Schlebiało mi to, więc uśmiechnęłam się pod nosem. Jego miodowe tęczówki pociemniały, kiedy patrzył na mnie spod przymrużonych powiek.
-Co cię tak śmieszy? - spytał.
-Absolutnie nic - odpowiedziałam, ciągle się uśmiechając.
Opuszkami palców przejechałam po jego nagim torsie, zatrzymując się dopiero na ramionach, z których zsunęłam szary materiał. Kiedy rzuciłam go za oparcie kanapy, blondyn złapał mnie za biodra i jeszcze bardziej do siebie przycisnął. Stykaliśmy się nosami, nasze oddechy się mieszały, ja patrzyłam na niego, a on patrzył na mnie.
-Wiesz, że to tylko seks, prawda? - rzuciłam, kiedy jego dłonie powędrowały pod moją bluzkę.
-Niczego więcej nie oczekuję, skarbie - odparł i jednym, zwinnym ruchem pozbawił mnie okrycia.
-Niczego więcej nie mam do zaoferowania - szepnęłam i zarzuciłam mu ręce za szyję.
Pocałował mnie mocno, jak zawsze. Zadrżał, kiedy lekko zassałam jego dolną wargę.  Zszedł ustami na moją szyję, gdzie zaczął muskać i przygryzać skórę. Zacisnęłam usta, by żaden jęk nie opuścił mojego gardła, ale moje ciało postanowiło zareagować inaczej, na tę dawkę przyjemności. Poruszyłam się niespokojnie, ocierając się o jego krocze, na co cicho mruknął.
Odsunęłam się odrobinę, po to by wstać i pociągnąć go za sobą. Nie zamierzałam zmieniać miejscówki, tylko chwyciłam dłońmi za klamrę jego paska, który szybko rozpięłam. Guzik czarnych spodni, zarówno jak ich rozporek, szybko puścił. Irwin w sekundę pozbył się dżinsów i równie błyskawicznie ściągnął ze mnie szorty. Popchnął mnie lekko, zmuszając do położenia się na skórzanej kanapie, a sam zawisł nade mną, opierając się na łokciach.
-Jesteś bardzo intrygująca, wiesz Thea? - mruknął, nachylając się nad mym uchem, by złożyć kolejny pocałunek tuż za nim.
-A ty jesteś strasznym gadułą, Ash - jęknęłam, wypychając biodra ku górze.
Warknął cicho, kiedy po raz kolejny się o niego otarłam. Złapał moje nadgarstki w jedną dłoń i przygwoździł je nad moją głową. Drugą ręką błądził po moim brzuchu, by po chwili dosłownie pociągnąć za me stringi. Koronkowy materiał rozerwał się niemal od razu, na co zachichotałam pod nosem. Pozwoliłam sobie szarpnąć rękoma, a jego uścisk ustąpił. Przejechałam paznokciami po jego szerokich plecach. Moje palce znalazły się pod lamówką jego bokserek, odrobinę ją odchylając. Chłopak chyba  załapał aluzję i pomógł mi w pozbyciu się ostatniego skrawka ubrania, które nas dzieliło.
Czułam jak spinał mięśnie za każdym razem, kiedy mimowolnie drżałam pod jego dotykiem. Czułam, jak on drżał, kiedy przesuwałam dłoń wzdłuż jego ramion, by wpleść palce w jego włosy. Czułam jego erekcję, kiedy robiłam coś, co mu się podobało. Ciśnienie wzrosło mi chyba do maksimum, krew dosłownie gotowała się w żyłach.
Wszedł we mnie bez ostrzeżenia. Wciągnęłam głośno powietrze, wbijając mu przy tym paznokcie w ramię. Oplotłam go nogami w pasie, krzyżując je przy tym w kostkach. Przy każdym kolejnym pchnięciu, zimny dreszcz przebiegał przez moje plecy. Odchyliłam głowę nieco do tyłu, przy czym naparłam na jego usta, łącząc je w namiętnym pocałunku.
Krótkimi spojrzeniami, urywanymi jękami i szeptami błagałam go, by nie przestawał. Zaciskałam pięści na czerwonym kocu, który prawie całkowicie zsunął się z kanapy. Kręciło mi się w głowie, czułam się jak po wypiciu kilku drinków, mimo że nie tknęłam dziś nawet kropli alkoholu.
Było mi cholernie gorąco, każdy jego dotyk mnie parzył. Wiedziałam, że jestem blisko, nie musiałam nawet tego ukrywać. Zamglony wzrok Ashtona utwierdzało mnie w przekonaniu, że on również znajduje się na granicy.
-Oh... kurwa - tylko tyle zdołałam z siebie wydusić. - J-ja zaraz...
-O to mi chodzi, Thea. - zaśmiał się gardłowo.
Chwycił mnie za dłoń i splótł nasze palce. Wykonał jeszcze kilka mocnych, zdecydowanych ruchów, a ja poczułam jak ucisk w moim podbrzuszu zaczyna się rozluźniać. Wygięłam plecy w łuk, w momencie, kiedy olbrzymia fala przyjemności zalała całe moje ciało. Blondyn doszedł sekundy po mnie.
Odważyłam się otworzyć oczy i zobaczyłam błogi uśmiech, błąkający się po twarzy Irwina. Pojedyncze kosmyki włosów opadały mu beztrosko na czoło, a on nawet nie spieszył się do ich odgarnięcia. Podniósł się, odnalazł swoje bokserki gdzieś na podłodze i szybko je ubrał. Ja złapałam za spodenki i szarą, flanelową koszulę w kratę, którą narzuciłam na plecy, zapinając tylko trzy guziki, by ze mnie nie spadła.
Chłopak wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał dwa papierosy i zapalniczkę, i kiwnął głową w kierunku balkonu. Poszłam za nim. Chłodne, wieczorne powietrze od razu uderzyło mnie po gołych nogach, ale jakoś mnie to nie obeszło.
Usiadłam w fotelu, który zazwyczaj zajmowałam i wzięłam fajkę od Asha. Podsunął mi palącą się zapalniczkę, więc odpaliłam papierosa i zaciągnęłam się głęboko.
-Nie chcę cię denerwować, czy coś, ale jeśli sprawy z Jessiem przybiorą trochę poważniejszy obrót, to będziemy musieli z tym skończyć - przerwałam ciszę, tkwiącą między nami.
-Zajęte dziewczyny mnie nie kręcą. - wzruszył ramionami i wypuścił siwy dym z płuc. - Czekaj, czekaj. Czyli to znaczy, że przewidujesz, że będziemy mieli co kończyć?
-No wiesz, to raczej oczywiste, że nie możesz mi się oprzeć - odpowiedziałam, śmiejąc się cicho.
-Z wzajemnością - prychnął, strzepując popiół do szklanej popielniczki. - To ty mnie ciągle nakręcasz, koleżanko.
-Nie moja wina, że się panu podobam i nie umie pan trzymać rączek przy sobie, panie Irwin. - przeniosłam się z fotela na kolana blondyna, zakładając nogę na nogę.
Uniosłam dłoń z papierosem do ust i wzięłam bucha, nie spuszczając wzroku z Ashtona. Cwaniacki uśmieszek wkradł mi się na usta.
-I ty niby nie robisz niczego specjalnie, tak? - uniósł brew ku górze, przy okazji obejmując mnie w talii.
-Może tylko czasami. - wzruszyłam ramionami, chichocząc pod nosem. - Mam na rano do pracy, muszę iść spać.
-Ja cię nie trzymam - odparł, ale nie zabrał ręki, którą mnie obejmował.
Kiedy nabrał dymu do płuc, złączyłam nasze wargi, całując go krótko. Chłopak wypuścił dym prosto w moje usta, więc zaciągnęłam się, odrobinę się od niego odsuwając.
-Mówię serio, Ash. Nie mogę się spóźnić.
-Podwiozę cię - rzucił i zgasił peta w popielniczce.
-Co nie zmienia faktu, że chcę już spać - jęknęłam jak dziecko. Zarzuciłam mu ręce za szyję. - Może pozwolę ci się poprzytulać.
-Wiem, że moje łóżko jest wygodniejsze, ale nie pozwalam w nim spać byle komu. Możesz więc czuć się wyróżniona.
-Niewątpliwy zaszczyt - zaśmiałam się, kręcąc lekko głową.
Całe zmęczenie, które odczuwałam po ciężkim tygodniu, jakby ze mnie uleciało. Tej nocy zasypiałam całkowicie rozluźniona, ciasno obejmowana przez Ashtona. Jego niespokojny oddech łaskotał skórę na mym karku, przyprawiając mnie tym samym o gęsią skórkę. Nie byłabym ze sobą szczera, gdybym twierdziła, że nie chciałabym się do tego przyzwyczajać i zasypiać w czyichś ramionach każdej nocy.


***
Hurra, w końcu mi się udało! Pomijając fakt, że mój laptop całkiem odmawia mi posłuszeństwa, a młodszy brat nie pozwala korzystać ze swojego komputera, to jakoś wstawiam!
Rozdział tak średnio mi się podoba, ale chyba nie mi to oceniać. XD
Czekam na opinie, przepraszam za jakiekolwiek błędy, jeśli jakieś wyłapiecie. Rozdział na black monday powinnam wstawić maksymalnie godzinę po udostępnieniu tego tutaj, więc stay tuned!


niedziela, 18 października 2015

Czternasty.


Przespałam calusieńką noc bez żadnych niespodzianek. Nie budziłam się, nie wymiotowałam i nie bolał mnie żołądek. Dla zabezpieczenia niebieska miska nie opuszczała miejsca obok mojego łóżka. Na szczęście jednak nie okazała się być potrzebna. Poranek też był w miarę lekki, bo obudziłam się dosyć wyspana i to jeszcze niecałe pół godziny przed budzikiem. Taki mój mały, niecodzienny sukces.
Obawiałam się dzisiejszego dnia na uczelni. Oczywiście same wykłady i warsztaty to dla mnie pikuś, w porównaniu ze spotkaniem Jessiego. Wczorajszy wieczór to była jedna, wielka tragedia i nie zdziwiłabym się, gdyby chłopak nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Myślałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku, mieliśmy ze sobą tak dużo wspólnego.Cóż, musiałam dać sobie mentalnego kopa w tyłek i jakoś się pozbierać.
Świeżo zmielona kawa i letni prysznic jeszcze bardziej postawiły mnie na nogi. Miałam mały zapas wolnego czasu, wiec zrobiłam pastę z tuńczyka, zjadłam z nią dwie razowe grzanki, a resztę wrzuciłam do lodówki. Napisałam notkę dla Ashtona, żeby w razie ochoty śmiało się częstował i przyczepiłam ją do drzwiczek przy pomocy magnesu z wizerunkiem przeuroczej, nagiej blondynki.
Wskoczyłam w dżinsy i luźną koszulę, wcisnęłam na stopy swoje znoszone conversy, zarzuciłam torbę na ramię i byłam gotowa do wyjścia.
Londyńska pogoda chyba postanowiła dopasowywać się do mojego humoru. Dzisiejszego dnia byłam trochę przygnębiona i zestresowana, a niebo spowite było ciemnoszarymi chmurami. Było niesamowicie duszno, powietrze zdawało się być strasznie gęste. Zapowiadało się na deszcz. Wolałam nie ryzykować ewentualnym zmoknięciem, więc zmarnowałam kilka minut na złapanie taksówki. Cóż, nie był to zły wybór, ponieważ gdzieś w połowie drogi na uczelnię przednią szybę auta zaczęły zdobić małe krople. Przeklęłam się w duchu za to, że nie zorientowałam się w domu i nie zabrałam ze sobą parasola. Niestety, skórzana ramoneska, którą uwielbiałam, nie posiadała cudownego udogodnienia w postaci kaptura.
Zapłaciłam młodemu taksówkarzowi, w ekspresowym tempie wysiadłam i zaczęłam biec w kierunku odpowiedniego budynku, Niby miałam do przejścia nieduży dystans, ale zdążyłam trochę zmoknąć. Przekopałam całą torbę, w poszukiwaniu gumki do włosów, której nie znalazłam. Włosy  od deszczu zdążyły mi się pokręcić, a musiałam przyznać, że nie wyglądałam zbyt korzystnie we fryzurze stylizowanej na owieczkę.
Pod aulą, w której miały odbyć się zajęcia z diagnostyki samochodów, kłębiło się już kilku słuchaczy. Wśród nich dostrzegłam również Jessiego, na co niekontrolowanie jęknęłam. Zauważył mnie i posłał mi ciut wymuszony uśmiech, którego nie byłam w stanie odwzajemnić. Oparłam się ramieniem o ścianę i udałam, że szukam czegoś bardzo ważnego wśród kontaktów w telefonie. Z jednej strony dałabym się pokroić, żeby do mnie podszedł, zaś z drugiej cholernie się krępowałam. W końcu kto normalny chciałby rozmawiać z dziewczyną, która wymiotowała mu prosto pod nogi?
Wykładowca zjawił się z eleganckim, kilkominutowym spóźnieniem. Najwyraźniej kwadrans akademicki nie dotyczył tylko studentów, jak do tej pory myślałam. Profesor Lawrence był chyba najsympatyczniejszy na całym uniwersytecie. Miał około czterdziestu lat, żonę i dwójkę dzieci, uwielbiał nosić kaszmirowe swetry, w każdym odcieniu brązu. Był człowiekiem bardzo inteligentnym, nie tylko w rozumieniu mechaniki. Miał charakter nastolatka, dowcipami sypał jak z rękawa, używał młodzieżowego slangu i był konkretnie wyluzowanym gościem. Lubiłam jego zajęcia i żałowałam, że  odbywały się tak rzadko.
Zajęłam swoje standardowe miejsce - środek trzeciego rzędu - i wyciągnęłam laptopa. Raczej nikt nie korzystał już z dyktafonów, a tym bardziej nie sporządzał własnoręcznych notatek. Korzystanie z przenośnego komputera było szybsze i wydajniejsze. Na niektórych zajęciach taki sprzęt był nawet wymagany, ze względu na naukę obsługi oprogramowania diagnostyczno-serwisowego, potrzebnego do wykrywania usterek. W każdym warsztacie musiał znajdować się komputer, który podłączało się do silnika. No i w razie ewentualnej nudy mogłam bez problemu ślęczeć na facebooku, albo oglądać zdjęcia śmiesznych kotów.
Tak jak zazwyczaj, po mojej lewej stronie usiadł Jessie. Odrobinę zesztywniałam i mogłam się założyć, że policzki zabarwiły mi się na czerwono. Nie odważyłam się na niego spojrzeć, a uwagę zajęłam logowaniem się do systemu i odpalaniem kilku, potrzebnych mi programów, w tym przeglądarki internetowej.
Blackwood, chyba widząc moje skrępowanie, postanowił jako pierwszy spróbować nawiązać ze mną kontakt. Szturchnął mnie delikatnie w ramię, a ja niestety musiałam zareagować. Popatrzyłam na niego pytająco.
-Chciałem przeprosić - szepnął.
On chciał przeprosić mnie? Przecież to ja zaliczyłam największą wpadkę w historii swojego dwudziestojednoletniego życia, którą będę sobie wypominać chyba do końca życia i jeden dzień dłużej.
-Powinienem to trochę inaczej zaplanować. - podrapał się nerwowo po karku. - Pierwsza randka w takim miejscu to chyba nie był najlepszy pomysł.
-Randka? - wyrwało mi się, zanim zdołałam się jakoś powstrzymać. - Znaczy się, to nie twoja wina, tylko tego cholernego koktajlu.
-Tak czy siak, wyszło chujowo - zaśmiał się krótko. - Mam nadzieję, że druga pierwsza randka wchodzi w grę?
W tym momencie moje serce dosłownie stanęło, fiknęło dwa koziołki i znów się zatrzymało. Myślałam, że wstanę, upadnę i już się nie podniosę.
-Jeśli nie będzie truskawek, to w to wchodzę - odpowiedziałam z szerokim uśmiechem na ustach.
Gdyby dzisiejszego poranka ktoś powiedział mi, że żadne moje zmartwienie się nie potwierdzi, a co lepsze, że Jessie Blackwood zaprosi mnie na kolejną randkę, to chyba bym go wyśmiała i kazała się leczyć. Byłam wręcz przeszczęśliwa i nie mogłam się doczekać, aż pochwalę się Ashowi. Powinien być ze mnie dumny, w końcu mogłam powiedzieć, że wszystko idzie w odpowiednim kierunku.
Z tak pozytywnym nastawieniem reszta dzisiejszych wykładów minęła mi bardzo szybko. Jessie chciał mnie porwać na kawę, ale mu odmówiłam. Musiałam odwiedzić Charliego w pracowni, a przy okazji wypytać go o powrót Jacka. Na pewno wiedział, raczej nie spotkali się w Rio's przypadkiem. Musiałam się upewnić i dopytać o szczegóły.
Atelier mojego brata znajdowało się w starej kamienicy, przy samym London Eye. Charles twierdził, że widok miasta, a zwłaszcza tej jego części, napawa go inspiracją i weną twórczą. Mi - w naprawianiu aut - potrzebna była tylko głośna muzyka i zapach smaru, najwyraźniej mój bliźniak potrzebował czegoś więcej.
Na szczęście deszcz przestał już padać, chociaż niebo ciągle było zachmurzone. Nie trudząc się zatrzymaniem taksówki, dzielnie ruszyłam w kierunku miejsca pracy i drugiego miejsca zamieszkania Charliego. Niestety, zostałam zmuszona do zatrzymania się w pół kroku, gdyż jakiś znajomy głos zaczął nawoływać mnie po imieniu. Odwróciłam się i ze zdziwieniem patrzyłam na szybko przybliżającego się Hooda.
-Cześć misia - przywitał się z uśmiechem, po czym mocno mnie przytulił.
-Cześć Cal. Co robisz na kampusie?
-Luke miał okienko, a ja dotrzymywałem mu towarzystwa. - zaśmiał się krótko. - Gdzie tak pędzisz?
-Umówiłam się na przymiarkę sukienki. - wzruszyłam ramionami.
Szatyn stwierdził, że podprowadzi mnie kawałek, bo sam zmierzał akurat w tym kierunku, na co przystałam z uśmiechem.
-A teraz gdzie się wybierasz? - spytałam.
-Ja? Umm.. ja.. idę.. ja ten...- zaczął się jąkać, na co wybuchnęłam śmiechem.
-Jezu, Calum, oddychaj i mów. - zachichotałam i popatrzyłam na niego pytająco.
-Poznałem kogoś - wypalił. - Znaczy się, dziewczynę poznałem.
Musiałam przyznać, że troszkę mnie zatkało. Oczywiście ucieszyłam się, bo uwielbiałam Cala i chciałam dla niego jak najlepiej. Nie mogłam się doczekać, by poznać tą tajemniczą nieznajomą. Zatrzymałam się przed przejściem dla pieszych i skorzystałam z tej chwili, by odpalić papierosa. Znowu zaczęłam stanowczo za dużo palić, a przecież dla mnie, jako sportowca, nie było to zbyt dobre.
-Wow, kiedy? - wróciłam do tematu dziewczyny.
-Jakiś czas temu. Natknąłem się na nią w centrum i jakoś tak wyszło, że umówiliśmy się raz, drugi, piąty i właśnie teraz do niej idę.
-No, no. - pokiwałam głową. - Tylko pamiętaj, że nic na siłę, jasne?
-Jest taka cudowna, mówię ci. Wysoka, blondynka, ma duże c... - ugryzł się za język. - poczucie humoru. W ogóle musicie ją jak najszybciej poznać, sama zobaczysz, że jest warta mojej uwagi. Jeśli ma wyjść z tego coś poważnego, to chciałbym abyście się zaprzyjaźniły.
-Spokojnie, kowboju, mamy czas. Organizuj się, a jeśli już, to wiesz gdzie mnie szukać.
Calum musiał już zboczyć ze wspólnej części drogi. Nie ubolewałam, bo cel mojej podróży znajdował się tuż za rogiem. Przywitałam się z Paulem, portierem budynku, pokonałam schody i weszłam do pracowni Charliego.
Nie zdziwiłam się ani trochę, kiedy zobaczyłam stos tekturowych kubków po kawie, ani pudełkach po chińszczyźnie. Zbiorowisko projektów, wszelakich modowych pisemek, luźnych papierów, ogólnie wszech obecny bajzel też nie robił na mnie wrażenia. Jedyne, co doszczętnie pochłonęło moją uwagę, to stojący na środku manekin, a raczej sukienka, która go zdobiła.
-Proszę powiedz, że to moja - jęknęłam, po czym ucałowałam brata w policzek.
-Toż chyba nie moja - mruknął, ale objął mnie ramieniem. - Zakładaj.
Zaklaskałam w dłonie, ostrożnie ściągnęłam kieckę z manekina i jak najszybciej w nią wskoczyłam. Kreacja była po prostu przepiękna. Cała w głębokim, bordowym kolorze, zdobiona paskiem ze złotych kamieni, przyszytych ciasno obok siebie. Gorset na grubych ramiączkach  był w całości koronkowy, natomiast atłasowy dół sięgał aż do ziemi, a nawet trochę się za mną ciągnął. Chyba najbardziej jednak spodobały mi się mocno odkryte plecy.
-Charles, jesteś geniuszem - szepnęłam, nie mogąc oderwać wzroku od własnego odbicia w lustrze.
-Powiedz mi coś, czego nie wiem - prychnął. - Muszę tylko wykończyć tę koronkę i jeszcze trochę ją zwęzić. Nie ruszaj się.
Jeszcze przez dłuższą chwilę Charlie zmagał się z marszczeniem materiału i podpinaniu go szpilkami, a kiedy skończył ja nie chciałam ściągnąć sukienki, bo zbyt bardzo mi się podobała. Obiecał mi, że skończy ją w maksymalnie tydzień. Nie była mi potrzebna aż tak szybko, przecież ślub matki był dopiero za niecały miesiąc.
Usiadłam przy długim stole, uprzednio zdejmując cztery wypchane papierzyskami segregatory z krzesła. Założyłam nogę na nogę, popatrzyłam na brata ze zmrużonymi powiekami i wycelowałam w niego wskazujący palec.
-Wiedziałeś? - spytałam. - O Jacku - sprostowałam.
-Gdybym wiedział, to bym ci powiedział, nie sądzisz? - wzruszył ramionami. - Czym ty się właściwie się tak martwisz? Myślałem, że już dawno ci przeszło.
-Bo przeszło! - odpowiedziałam, chyba trochę za szybko. - Nie było go prawie dwa lata, poza tym od początku wiedziałam, że nic trwałego z tego nie wyjdzie.
-Sam byłem zaskoczony, kiedy zaczepił mnie w Rio's. Jednak pierwsze co zrobił, to spytał o ciebie. Umówiliście się?
-Tsa, idę do niego jutro. - pokiwałam głową. - Nie wiem nawet czego się spodziewać.
-Nie oczekuj za wiele - stwierdził, po czym poklepał mnie po ramieniu. - Bierz się lepiej za Ashtona,  pasujecie do siebie.
Popatrzyłam na niego, a kiedy upewniłam się, że mówił poważnie, wybuchnęłam głośnym śmiechem. Rechotałam tak długo, aż zabrakło mi powietrza i brzuch zaczął mnie boleć. Otarłam niewidzialne łzy rozbawienia z policzków i pokręciłam głową.
-To tylko mój współlokator, nie jestem nim zainteresowana w ten sposób, Charlie. I wiem, że on myśli tak samo. To, ze zdarzyło się nam ze sobą kilka razy przespać, nic nie znaczy.
-Boże, dziewczyno, jeśli ciągle masz takie podejście to powinnaś zacząć się regularnie badać, bo nie wiadomo z jaką wenerą możesz skończyć. - udał obrzydzenie, za co dostał pięścią po ramieniu.
-Pieprz się braciszku, ja ci nie wypominam tych wszystkich zaliczonych kolesi. Będę się zbierać. - podniosłam się z krzesła i zawiesiłam torbę na ramieniu. Szybko pocałowałam bruneta w policzek i ruszyłam w stronę wyjścia.
-Ja przynajmniej czasami używam prezerwatyw! - krzyknął za mną, na co uśmiechnęłam się szeroko.
-Też cię kocham, przygłupie! - puściłam do niego oczko i zamknęłam za sobą drzwi.
Byłam szczęśliwa z kilku powodów. Sukienka na ślub była przepiękna, Charlie dał z siebie wszystko, wyrobił się z terminem, w dodatku z dużym wyprzedzeniem. Ponadto cieszyłam się, że żadna laska na całym świecie nie będzie miała identycznej, tak pięknej kreacji. No chyba, że mój bliźniak postanowi wprowadzić ją do sprzedaży, aczkolwiek będę walczyła z całych sił, żeby tego nie robił. Dowiedziałam się też tego, czego chciałam, a mianowicie, że Charles nie wiedział o powrocie Jacka. Nie wiem jak bym się wściekła, gdyby był świadomy i mnie nie wtajemniczył. Teraz czekałam tylko, aż spotkam się z Jacksonem sam na sam. Miałam do niego pewną słabość i swego rodzaju sentyment, w końcu był najlepszym przyjacielem Matta, a moim... no właśnie. Sama nie byłam do końca pewna, co tak właściwie między nami było. Zaczęłam żałować, że nie porozmawiałam z nim od razu, podczas spotkania w klubie, ale wtedy byłam chyba zbyt zdenerwowana.
Myśl o ewentualnej przyszłej dziewczynie Caluma też wywoływała uśmiech na mojej twarzy. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by żyć z nią w jak najlepszych stosunkach, oczywiście jeśli wszystko między nimi się uda. Chciałam też jak najszybciej ją poznać, by wyniuchać, czy aby na pewno jest dobrą kandydatką dla Hooda. Jeżeli okazałaby się być wredną szmatą, oczywiście przemówiłabym szatynowi do rozsądku, albo po prostu wsadziłabym laskę do pierwszego lepszego samolotu, z biletem w jedną stronę.
Nie spodziewałam się jednak, że wybór Cala okaże się być chyba najtragiczniejszy ze wszystkich możliwych, oraz, że tak szybko się o tym przekonam.


***
Oto jestem! Z kolejnym nudnym, nic nie wnoszącym do historii rozdziałem. Ale jestem :D Cóż, chyba jednak muszę tworzyć takie zapychacze, żeby nie lecieć cały czas z akcją, prawda? A w następnym rozdziale trochę akcji przewiduję, więc czekajcie cierpliwie :D
Rozdział nie sprawdzony, bo pisany na raz. Chciałam go jak najszybciej wstawić, więc jeśli znajdziecie coś dziwnego to dawajcie znać.
Kocham Was <3
EDIT: Aha, zapomniałabym. Wbijajcie na black monday! :)

wtorek, 8 września 2015

Trzynasty.


-Potrzebuję twojej pomocy.
            Ashton nie zdążył wyjść ze swojego pokoju, a ja od razu na niego naskoczyłam. Cóż, był facetem z dość przyzwoitym gustem, a męska rada w tamtym momencie była niczym na wagę złota. Pokiwał tylko głową i bez słowa przeszedł do kuchni, gdzie czekała na niego świeżo zaparzona kawa i połowa jajecznicy, którą specjalnie dla niego odłożyłam. W końcu przez żołądek do serca, czy jakoś tak.
            Usiadłam na fotelu w salonie, skąd miałam widok na jedzącego Irwina i chwyciłam za lakier do paznokci. Zabrałam się za ich malowanie i czekałam, aż mój współlokator skończy jeść. Jednym uchem słuchałam niedzielnego wydania wiadomości, lecącego w telewizji. W Greenwich zawaliła się jakaś stara hala produkcyjna, dwie poszkodowane osoby, przypadkowi przechodnie. Doskonale pamiętałam ten budynek, w liceum zdarzało się mi imprezować w środku. Oczywiście z gronem moich męskich przyjaciół, bo żadna z ich znajomych nie odważyła się wejść za ogrodzenie, obwieszone tabliczkami z zakazem. Bez ryzyka nie ma zabawy, prawda?
            Gdy paznokcie obu dłoni miałam pomalowane dwoma warstwami bladoróżowego lakieru, Ash wskoczył na kanapę i założył nogi na stolik.
-Więc? Jaki masz problem?
-Po pierwsze... - wskazałam palcem na jego dolne kończyny. - ściągaj te giry. Po drugie - zacisnęłam usta, by powstrzymać się przed szerokim uśmiechem, który cisnął mi się na twarz - idę dziś na randkę.
-Wow - mruknął. Zabrał jednak nogi, wyprostował i skrzyżował je w kostkach. - To znaczy.. wow. Z tym pajacem z Rio's?
-Z Jackiem? - prychnęłam pod nosem. - Z nim spotykam się we wtorek, ale to nie jest ważne. Jessie zaprosił mnie dziś na obiad.
-To chyba dobrze. - podrapał się po karku. - I do czego ja ci jestem potrzebny? Mam robić za twoją przyzwoitkę?
            Westchnęłam głośno, kręcąc głową. Złapałam go za nadgarstek - oczywiście uważając, żeby lakier mi nie odprysnął - i pociągnęłam w stronę swojej sypialni. Postawiłam go przed otwartą szafą, a sama usiadłam po turecku na łóżku. Popatrzył na mnie z uniesioną brwią i parsknął głośnym śmiechem.
-Chyba sobie żartujesz, Thea.
-No właśnie nie! - jęknęłam, wyrzucając ręce ku górze. - Pamiętasz jak przywiozłeś mi ciuchy do warsztatu, jak cię o to prosiłam? Dobrze trafiłeś. Pomóż mi i teraz.
-Gdzie idziecie? - przewrócił oczyma i zaczął przesuwać wieszaki.
-Powiedział mi tylko, że to restauracja jego ciotki - wzruszyłam ramionami. - Dlatego muszę jakoś wyglądać.
-Elegancko, seksownie, ale nie zdzirowato? - spytał, przypatrując się kolejnej sukience.
-Dokładnie - przytaknęłam.
            Nie mogliśmy się zdecydować, więc urządziliśmy sobie mały maraton przebieranek. Przymierzałam kolejne zestawy, niektóre tak komiczne, że dławiliśmy się ze śmiechu. Najlepsza chyba była żarówiasta, różowa kiecka, w komplecie z legginsami w panterkę i trampkami na koturnie. Ash nie mógł wytrzymać i cykał mi fotki, którymi najprawdopodobniej będzie mnie szantażował. Cóż, dałam się ponieść zabawie i pozowałam jak prawdziwa modelka, na prawdziwej sesji zdjęciowej, do prawdziwego modowego magazynu. Jednak kiedy wszystkie śmieszne kombinacje się skończyły, ciągle nie miałam wybranej tej na randkę. Padłam na łóżko i nakryłam głowę poduszką.
-Włóż tą. - słyszałam jak blondyn przewala ciuchy, leżące na podłodze, by rzucić we mnie kawałkiem materiału.
            Usiadłam i zerknęłam, co dla mnie wybrał. Uśmiechnęłam się na widok mojej ulubionej sukienki. Nie nosiłam jej już dawno, bo zbyt wiele znajomych osób mnie już w niej widziało, a Charlie kategorycznie mi zabraniał noszenia w kółko tych samych ubrań. Akurat do tej miałam ogromny sentyment i uchroniłam ją przed wyrzuceniem, zakopując ją głęboko w szafie. W sumie była bardzo prosta, z obcisłą górą, na grubych ramiączkach i odrobinę rozkloszowanym dołem, cała w kolorze głębokiej czerni. Aczkolwiek, po obu stronach talii miała niewielkie wycięcia, które dodawały całości odrobiny pazura. Tak, jak lubiłam najbardziej.
            Z zakurzonego pudełka wyciągnęłam parę butów, które nakładałam tylko na specjalne okazje. Prezent na osiemnaste urodziny, który kosztował jednak aż siedemset funtów. Nie mogłam pozwolić sobie na kupno takiego obuwia dosyć często, więc te trzyletnie Louboutiny przeleżały większość swojego żywota w kartonie. Matka by mnie chyba zabiła, gdybym zniszczyła tę parę. Dziwne, skoro jej przyszły małżonek kupuje jej takie średnio co miesiąc.
            Podkreśliłam oczy eyelinerem, wytuszowałam rzęsy i pomalowałam usta matową, karminową szminką. Poprosiłam Irwina, żeby przyniósł mi z łazienki prostownicę, ale ten pokręcił głową.
-Lepiej wyglądasz w pofalowanych. I rozmazałaś się pod lewym okiem. - puścił mi oczko i wyszedł.
            Uśmiechnęłam się pod nosem. Jeśli Jessiemu szczęka opadnie, gdy mnie zobaczy, będę musiała zwolnić Charliego z posady mojego stylisty i częściej prosić Asha o pomoc. Do małej torebki wrzuciłam portfel, telefon, szminkę i klucze. Wcisnęłam obcasy na nogi, ostatni raz przejrzałam się w lusterku i wyszłam z sypialni. Gdy mój współlokator życzył mi powodzenia, dzwonek telefonu oznajmił mi, że mam nową wiadomość: Jessie czekał na mnie na dole. Pisnęłam zadowolona, a szeroki uśmiech wręcz sam wpełzł mi na  twarz. Krzyknęłam Ashtonowi, żeby trzymał za mnie kciuki i opuściłam mieszkanie.
*
            Luke krzyczał na Michaela niesamowicie głośno, by ten choć na chwilę odłożył komórkę i przestał esemesować z tajemniczą nieznajomą. Aha, akurat. Czerwonowłosy jednak nie słuchał blondyna, bo odwiesił gitarę i rozsiadł się na sofie, zakładając nogi na stolik. Calum stwierdził, że za dużo ćwiczeń, jak na jeden dzień, więc poszedł w ślady Clifforda i odwiesił swój bas na specjalne miejsce na ścianie. Przewróciłem oczyma i sięgnąłem do turystycznej lodówki po zimnego Heinekena. Uzgodniłem z Hoodem, że ja wypiję, a on odwiezie mnie moim autem do domu i wróci taksówką. Jeśli chodzi o mnie, to był bardzo sprawiedliwy układ. Domyślałem się, że chce spotkać się z Theą. Chyba się zaprzyjaźnili, a Cal w końcu wybił sobie z głowy romanse z moją współlokatorką.
            Michael zabrał się z nami, podwieźliśmy go do Charliego. Calum już od jakiegoś czasu przypuszczał, że nasz kolorowy przyjaciel ma się ku tej samej płci, ale ani trochę mu to nie przeszkadzało. Wychodziło na to, że tylko Hemmings tkwił w niewiedzy. Nie mogłem w żaden sposób wpłynąć na tę sytuację, to Mikey sam musiał się przełamać i powiedzieć blondynowi prawdę.
            W trakcie drogi do mieszkania zrobiliśmy szybki przystanek w sklepie monopolowym, by zaopatrzyć się w dwie puszki piwa i paczkę fajek, które zawsze zbyt szybko się kończyły. Zaparkowaliśmy samochód pod blokiem i zostaliśmy świadkami bardzo ciekawego wydarzenia.
            Jakieś sześć miejsc parkingowych od nas zatrzymała się srebrna Toyota, z której jak oparzony wyskoczył kierowca - znany mi z widzenia mulat. Chyba chciał zachować się jak dżentelmen i otworzyć pasażerce drzwi, ale brunetka go ubiegła i sama wytoczyła się z auta. Podeszła dwa kroki, złapała się za brzuch i zwymiotowała, prosto pod nogi swojego wymarzonego chłopaka. Calum szturchnął mnie w ramię, ale nie zwróciłem na niego uwagi, tylko ciągle przyglądałem się tej komicznej sytuacji. Thea chwiała się na tych niebotycznie wysokich szpilkach, targana konwulsjami i co chwilę zwracała wcześniej zjedzony posiłek.
-Myślisz, że nafaszerował ją jakimiś narkotykami? - spytał Hood, na co parsknąłem cicho.
-Oszalałeś? Ona chyba nie jest głupia - odpowiedziałem.
            Jessie złapał się za głowę, chyba biedak nie wiedział co ze sobą zrobić. Moja współlokatorka usiadła na krawężniku i pluła co chwilę przed siebie. Jedną dłonią co rusz odgarniała włosy z twarzy, a drugą w dalszym ciągu trzymała się za brzuch.
            ­­­­­­­­ Kiedy zauważyłem grymas na twarzy dziewczyny i zrozumiałem, że za chwilę znowu zwymiotuje, sam wysiadłem z samochodu, prosząc Cala o jego zamknięcie. Szybkim krokiem pokonałem niewielką odległość i uklęknąłem koło brunetki, odpychając trochę mulata.
-Dasz radę się podnieść? - spytałem i przerzuciłem jej długie włosy na plecy. Wstałem i wyciągnąłem dwie ręce w jej stronę.
-A ty to kto? - Jessie burknął w moją stronę.
-A-ash.. - Thea złapała mnie za nadgarstki i stanęła na nogi. - Zabierz mnie do mieszkania.
            Kiwnąłem głową i obróciłem ją bokiem do siebie. Wsunąłem jedną rękę pod jej kolana, drugą przesunąłem na plecy i uniosłem ją do góry. Odruchowo objęła mnie za szyję i głęboko westchnęła. Odwróciłem się, usłyszawszy za sobą krzyki Caluma. Biegł w naszą stronę, tuląc do siebie reklamówkę z piwem i wymachiwał w połowie pełną butelką wody. Zatrzymał się tuż przy mnie, nieco zdyszany, ale z szerokim uśmiechem na twarzy. Wcisnął odkręconą już wodę w rękę Thei, a sam wyciągnął dłoń do mulata.
-Cześć, jestem Calum - powiedział, w dalszym ciągu się szczerząc. - Możesz spokojnie wracać do domu, Ashton to jej współlokator, poradzimy sobie. Osobiście dopilnuję, żeby jutro się do ciebie odezwała, czy wszystko w porządku. To na razie!
            Nie czekał na odpowiedź, tylko popchnął mnie w stronę klatki schodowej. Szedłem szybko, pospieszany prośbami brunetki. Nagle zwykłe oczekiwanie na windę, jak i sama jazda na siódme piętro, dłużyły się niemiłosiernie. Gdy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania, Thea sama wyskoczyła z moim objęć i pobiegła w kierunku łazienki.
            Hood od razu poszedł do kuchni, gdzie wstawił piwo do lodówki i rozsiadł się na kanapie, chwytając za pilot. Kiwnął mi głową w kierunku łazienki, więc poszedłem w tamtą stronę. Drzwi były otwarte, więc tylko oparłem się ramieniem i futrynę. Dziewczyna siedziała pod ścianą, z kolanami przyciągniętymi pod brodę i obejmowała je rękoma. Policzek trzymała przyciśnięty do zimnej glazury.
-Potrzymać ci włosy? - rzuciłem w jej kierunku, na co zaśmiała się cicho.
-Nie trzeba - odpowiedziała. - Możesz mi podać frotkę z kosmetyczki.
            Odepchnąłem się od ściany i chwyciłem za miniaturową, różową torebkę. Spośród kilku tamponów, wszelkiej maści kosmetyków i innych upiększaczy, udało mi sie odnaleźć to, o co mnie prosiła. Wręczyłem ją dziewczynie i usiadłem na chłodnej terakocie.
-Co się stało? - spytałem.
-Całe to wyjście to była jedna wielka tragedia - jęknęła. - Myślałam, że restauracja jego ciotki, to naprawdę restauracja, a nie knajpa z pikantnymi żeberkami i piwem z nalewaka. Okej, lubię takie miejsca, lubię pikantne żeberka i piwo, ale gdybym wiedziała, to nie ubierałabym się jak na wesele! Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę. Widziałeś, Jessie sam był ubrany w T-shirt, dżinsy i trampki. Byłam zdenerwowana, ręce tak mi się trzęsły, że strąciłam ze stolika prawie pełny kufel, a on roztłukł się na kawałeczki.
-Wow - tylko tyle zdołałem z siebie wydusić. - A te twoje małe rewolucje żołądkowe?
-Ugh, nic nie mów. Ta cała cioteczka zaproponowała mi jakiś owocowy koktajl na rozluźnienie. Wszystko było by spoko, gdyby powiedziała mi, że w większości to zmiksowane truskawki.
-Co? - parsknąłem śmiechem, kręcąc przy tym głową.
-Mam uczulenie na truskawki - prychnęła pod nosem. - Nie mogę ich jeść, wąchać, nawet balsamem o truskawkowym zapachu się posmarować nie mogę. Na sam widok mnie odrzuca.
-To faktycznie kiepsko. Chcesz obejrzeć z nami jakiś film?
-Dzięki, ale spasuję. - pokręciła głową, z bladym uśmiechem na twarzy. - Jestem wykończona, pójdę tylko przywitać się z Calem i idę spać.
            Wróciliśmy razem do salonu. Calum zaczął wypytywać o jej samopoczucie, a ona odpowiadała mu zdawkowo, ale zgodnie z prawdą. Z kuchni przyniosłem jej butelkę zimnej wody, za co podziękowała mi skinieniem głowy. Posiedziała z nami dłuższą chwilę i zmyła się, życząc miłego wieczoru.
            Trochę jej współczułem, bo wiedziałem, jak bardzo zależało jej na tej randce. Chciała wypaść jak najlepiej, bo z ich pierwszego wspólnego wyjścia ściągnęła ją matka. Miałem tylko nadzieję, że po dzisiejszej akcji ten koleś nie zrazi się do Thei i będzie chciał dalej się z nią spotykać. Przecież mógł podać jej trochę więcej konkretów, co do tej całej restauracji, a to, że jest uczulona na truskawki, to nie jej wina.
            Z drugiej strony, gdzieś głęboko w podświadomości czułem, że dobrze, że tak się stało, że być może jednak Jessiemu odwidzi się randkowanie z moją współlokatorką. Czemu? Cholera, sam nie wiedziałem. Każdy normalny człowiek powiedziałby, że byłem zazdrosny, ale czy to prawda? Czy miałem o co? W końcu nie zależało mi na niej, jak na dziewczynie, byliśmy współlokatorami, a to, że zdarzyło nam się ze sobą przespać, wynikało tylko z najzwyklejszych, ludzkich potrzeb.
            Musiałem jednak przyznać, że widok jej, wymiotującej pod blokiem trochę ścisnął mnie za serce, a nawet może troszeczkę się zmartwiłem, ale to chyba świadczyło o tym, że jesteśmy na dobrej drodze do stworzenia pięknej i długoletniej przyjaźni.  

            

***
Rozdział miałam napisany baaardzo dawno temu, lecz niestety mój laptop chyba lubi mnie denerwować, bo znów się schrzanił, znowu poszła matryca, a że Paula nie myśli i nie pisze na bloggerze, tylko w wordzie, to Paula nie miała jak go udostępnić :')
Rozdział tak średnio sprawdzony, aczkolwiek przeczytam go jeszcze parę razy późniejszym wieczorkiem i jak by coś było nie tak, to edytuję, a Wy, jeśli błąd znajdziecie, to piszcie w komentarzach.
Kocham Was i mam nadzieję, że wybaczycie mi tak długie przerwy :(

sobota, 25 lipca 2015

Dwunasty.


   Uciekłam. Mówiłam, że może kiedyś opowiem mu, dlaczego jest ze mną tak, a nie inaczej. Wczorajszego wieczora kompletnie wyprowadził mnie z równowagi, więc uciekłam. Nie miałam ochoty rozmawiać na ten temat, bo nawet nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Że bałam się odrzucenia? Osądzania? Jakichkolwiek zobowiązań? Pomyślałby, że zwariowałam. Zaczęło mnie to trochę przytłaczać.
   Napisałam do Caluma pod wpływem impulsu. Potrzebowałam odwrócenia uwagi, odrobiny koślawego humoru, rozrywki. Nie sądziłam, że odpisze, a co dopiero przyjedzie do warsztatu z opakowaniem pączków w czekoladzie i kubkiem kawy ze Starbucksa.
   Brunet okazał się być dobrym pomocnikiem. Ja kończyłam montować instalację gazową w Volkswagenie, a on poukładał mi narzędzia, posprzątał caluśki garaż, a nawet umył Audi, które czekało na odbiór. Z wdzięczności zamknęłam godzinę wcześniej, wyskoczyłam do sklepu po dwa zimne piwa, które sączyliśmy przy dźwiękach najnowszej płyty Fall Out Boy.  
        Sama nie wiem w jakich okolicznościach, ale temat rozmowy zszedł na naszą pierwszą, wspólną imprezę. Wspominaliśmy grę w butelkę, śmiejąc się głośno z niektórych zadań, czy głupich pytań.  Przez przypadek wypaplałam, że owa domówka miała dosyć fajne zakończenie. Cal nie do końca zrozumiał, co miałam na myśli i zaczął wypytywać. Raczej nie miałam wyjścia i musiałam mu powiedzieć, że spałam z Ashtonem. Nie powiem, że nie był zdziwiony, bo przez dłuższą chwilę z zamiłowaniem przyglądał się czubkom swoich czarnych vansów.
-Wiesz, Thea. - zaczął, przenosząc wzrok z powrotem na mnie. - W sumie to się tego spodziewałem. Ty jesteś sama, Ashton to Ashton, mieszkacie pod jednym dachem. W końcu coś musiało zaiskrzyć.
-Whoa, wyluzuj. - zaśmiałam się krótko. - Nic nie iskrzyło, nie iskrzy i iskrzyć nie będzie.
-Jeśli tak mówisz. - wzruszył ramionami i upił ostatniego łyka ze szklanej butelki.
    Nie chciałam kontynuować tej rozmowy, więc ucieszyłam się, kiedy usłyszałam dzwonek własnego telefonu. Sięgnęłam po niego do kieszeni i nie patrząc na ekran, odebrałam połączenie.
-Cześć, siostrzyczko. - rozweselony ton głosu Charliego nigdy nie zwiastował niczego dobrego. - Jakieś plany na wieczór?
-Ty mi powiedz. - odpowiedziałam.
-Okej, więc znając ciebie, najprawdopodobniej siedzisz w warsztacie, umazana smarem, sączysz tanie wino i słuchasz jakichś smętnych hitów. Trafiłem?
-Siedzę w warsztacie z Calumem, nie jestem aż tak brudna, sączymy tanie piwo i słuchamy cudownego głosu Patricka Stumpa. Coś jeszcze?
-Prawie zgadłem. - odparł z przekąsem. - Ruszcie wasze zgrabne tyłeczki i wpadajcie do Rio's. Do pierwszej serwują darmowe drinki. Obiecałem ci, że zabiorę cię w weekend na imprezę, nie przyjmuję odmowy.
-Okej, pojadę się ogarnąć i spotkamy się na miejscu. Do zobaczenia! - cmoknęłam i się rozłączyłam.
       Brunet przyglądał mi się pytająco. Dopiłam resztki bursztynowego, pięcioprocentowego napoju i odstawiłam butelkę na stół warsztatowy. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i uśmiechnęłam się szeroko.
-Jeśli chcesz to dzwoń po swoich kolegów, bo dzisiaj idziemy potańczyć.

        W mieszkaniu oczywiście zastałam Michaela i Luke'a. Jakże by inaczej? Z głośników dobiegały do mnie odgłosy z ich ukochanej gry, przeplatane co chwilę cichymi przekleństwami Ashtona. Czyżby dzisiejszego dnia gra nie szła po jego myśli? Clifford pojawił się w korytarzu i przywitał mnie krótkim uściskiem. Przy okazji szepnął, że tak czy siak wybierał się do centrum, by spotkać się z Charliem. Mój brat wie, jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, skubany.
         Wyprostowanie włosów zajęło mi trochę czasu, ale miałam nadzieję, że chłopcy się nie obrażą. Do tej pory nie usłyszałam żadnych ponagleń, więc zrobiłam sobie nieco bardziej złożony makijaż. Upewniwszy się, że odłączyłam prostownicę od prądu, ostatni raz zerknęłam na swoją twarz w dużym lustrze i opuściłam łazienkę. W korytarzu natknęłam się na swojego współlokatora, który patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Dopiero kiedy posłałam w jego stronę szeroki uśmiech, odwzajemnił go, a ja jakimś cudem wiedziałam, że między nami jest okej.
        Od razu po przekroczeniu progu sypialni w oczy rzuciła mi się czerwono-czarna koszula w kratę, którą podwędziłam Irwinowi wieczorem, kiedy to uciekałam z jego łóżka, jakby miał mi się w nim oświadczyć. W głowie przeanalizowałam wszystkie możliwe stylizacje, które mogłam do owej koszuli dobrać i postawiłam na skórzane spodenki, i czarne lity. Wbrew pozorom te buty, pomimo wysokiego obcasa, są cholernie wygodne. Przetańczyłam w nich już niejedną noc i zapewne jeszcze wiele imprez przede mną.
        Ashton chyba potrzebował pretekstu, żeby ze mną porozmawiać, bo przyniósł mi koszulkę, która równie dobrze mogłaby zostać pożarta przez pralkę. Nie zależało mi na niej tak bardzo, by mi ją zwracać, ale może chłopak myślał inaczej. Cóż, dostałam nawet komplement, że wyglądam w jego koszuli "lepiej, niż on sam". Cokolwiek to miało znaczyć.
         Postanowiliśmy nie zamawiać taksówki, bo Rio's nie było aż tak daleko. Szłam pod rękę z Calumem, który cały czas nawijał o panienkach, jakie chciałby poznać. Zaoferowałam się, że mogę zostać jego skrzydłową, ale kategorycznie mi tego zabronił. Twierdził, że jeszcze nie jest tak źle, żeby nie umiał sam poderwać dziewczyny. Nie wnikałam.
           Michael szedł odrobinę za nami. Za każdym razem jak zerkałam przez ramię, spojrzenie miał utkwione w ekranie swojej komórki, a jego palce niemalże nie odrywały się od klawiatury. Czyżby Charlie aż tak zawrócił mu w głowie? Nie znałam Clifforda zbyt dobrze, ale nic do niego nie miałam i naprawdę nie chciałabym, żeby mój bliźniak narobił mu złudnej nadziei.
       Nasz pochód zamykał Luke i Ash. Zażarcie o czymś dyskutowali, jednak ględzący jak potłuczony Hood skutecznie utrudniał mi podsłuchanie ich rozmowy. Raz przyłapałam Irwina na gapieniu się na mnie, ale ten tylko puścił mi oczko i przeniósł spojrzenie na blondyna.
        Chłopcy zatrzymali się przed klubem, pod którym już uformowała się kilkunastometrowa kolejka. Zauważyłam w niej kilka znajomych twarzy i masę nastolatków, którzy na próżno próbowali wejść do lokalu. Ochrona sprawdzała dokumenty każdego wchodzącego, gdyż wstęp do Rio's mieli tylko ci, którzy skończyli dwudziesty pierwszy rok życia. Zdawałam sobie sprawę, że tylko ja i Ashton mogliśmy legalnie wejść, ale dla mnie nie było to większym problemem.
-Cholera, Thea, przecież nas tam nie wpuszczą! - jęknął Cal i założył ręce na klatce piersiowej. - Nie możemy iść tam, gdzie zawsze chodzimy z chłopakami?
-Hoodie, wybacz, ale ja nie zamierzam bawić się z licealistami. - prychnęłam pod nosem, odrzucając włosy na plecy.
-W takim razie zamierzasz stać w tej kolejce i liczyć na cud, że ich wpuszczą? - Ash popatrzył na mnie pytająco, przygryzając policzek od środka.
-Możecie przestać płakać i iść za mną? - spytałam, chociaż wcale nie oczekiwałam odpowiedzi.
         Ruszyłam wzdłuż ustawionych w rządek osób, by znaleźć się tuż koło drzwi. Słyszałam protesty i obelgi rzucane w naszą stronę, ale nie zwracałam na to uwagi. Zgrabnie ominęłam trzyosobową grupkę, stojącą na czele wężyka i uśmiechnęłam się do wysokiego, ciemnowłosego ochroniarza.
-Will, wieki cię nie widziałam! - zarzuciłam mu ręce na szyję, a on odwzajemnił uścisk. - Znajdzie się dla nas miejsce w środku?
-Musisz nas częściej odwiedzać, Tess. - zaśmiał się brunet, a ja zmarkotniałam. - Pamiętaj, żeby zachować dla mnie taniec.
      Nienawidziłam tego przezwiska. Mattie zaczął tak do mnie mówić, później Olivia je przechwyciła, a odkąd oboje ode mnie odeszli, nikt tak do mnie więcej nie mówił. Najwyraźniej nie wszyscy pamiętali o zakazie, ale niestety nic nie mogłam na to poradzić.
-Wiesz gdzie mnie szukać. - uśmiechnęłam się do niego po raz ostatni i przeszłam przez próg, a za mną wtoczyli się chłopcy.
            Rio's jak zwykle tętniło życiem. Uwielbiałam atmosferę tego miejsca, na sam widok świateł, migoczących na każdej ścianie, nogi same rwały się do tańca. Kiwnęłam głową na swoich towarzyszy i zaczęłam przeciskać się między ludźmi. Doskonale wiedziałam, gdzie przebywa mój brat i prawdopodobnie kilku jego znajomych. Pokonaliśmy pięć schodków i znaleźliśmy się w vipowskiej sekcji. Całość była oddzielona od reszty klubu szklaną ścianą, która jednak trochę wyciszała dudniącą zewsząd muzykę. Wypatrzyłam Charliego w loży, którą zawsze zajmowaliśmy, ale sekundę później ktoś inny przyciągnął mój wzrok.
-Thea? - blondyn krzyknął, kiedy mnie zobaczył. Powoli pokiwałam głową, nie dowierzając w to, co widzę. Szybko pokonał dzielącą nas odległość. - Gdzieś ty się przede mną chowała?
-Nie wiedziałam, że wróciłeś. - mruknęłam, ignorując zadane pytanie. Czułam na plecach palące spojrzenie i mogłam przysiąc, że całe 5 Seconds of Summer nie wie, co tu się wyprawia.
-Tęskniłaś? - rozłożył ramiona, a ja od razu w nie wpadłam i zacisnęłam dłonie na jego koszulce.
-Nawet nie przypuszczasz jak bardzo, Jack. - wymamrotałam, wątpiąc, że ktokolwiek poza mną to usłyszał.
         Zajęłam miejsce na czarnej, skórzanej kanapie, między Calumem, a Ashtonem. Obok nas usiedli Luke i Michael, a po drugiej stronie stolika siedział Charlie, Jack i dwóch znajomych mojego brata, których imion nie pamiętałam. Ktoś wcisnął mi do ręki moje ukochane Long Island, najprawdopodobniej Charles, bo on jako jedyny z obecnego tu grona znał moje upodobania co do drinków. Pociągnęłam przez słomkę dosyć sporego łyka i odstawiłam szklankę na stolik.
-Więc? - spojrzałam na blondyna, siedzącego na przeciw mnie. - Jak Indie?
-Żeby tylko Indie. - zaśmiał się krótko. - Zwiedziłem trochę więcej, miałem sporo czasu. A ty? Znalazłaś sobie kogoś?
-Żartujesz? - pokręciłam głową wyraźnie rozbawiona. - Pytasz, jakbyś mnie nie znał.
-Mówiłem, żebyś na mnie nie czekała. - wzruszył ramionami, a mnie zatkało.
            Chwyciłam szklane naczynie do ręki i, nie korzystając ze słomki, wypiłam duszkiem całą jego zawartość - mieszankę wódki, tequili, rumu, ginu, likieru pomarańczowego i coca coli. Oblizałam usta, cmokając cicho i wzięłam głęboki oddech.
-Nie zawsze chodzi o ciebie, Jack. - podniosłam się z kanapy i popatrzyłam na zmieszanych chłopaków. - Przepuśćcie mnie.
       Zaczęłam się przeciskać do wyjścia z loży, jednak cholernie długie nogi moich nowych przyjaciół trochę mi to utrudniały. Luke jako jedyny wstał, żeby zrobić mi więcej miejsca, za co podziękowałam mu skinieniem.
-Daj spokój, Tess, wraca.. - odwróciłam się na pięcie i wycelowałam w niego palec wskazujący.
-Nie mów tak do mnie. - warknęłam i jak najszybciej opuściłam pomieszczenie.
         Ochłonęłam trochę dopiero, gdy znalazłam się w damskiej toalecie. Na moje szczęście była prawie pusta, nie licząc wymiotującej czarnulki i jej przyjaciółki, która zawzięcie trzymała jej włosy i głaskała ją po plecach. Otworzyłam niewielkie okienko na oścież i wzięłam kilka głębszych wdechów, wachlując się przy tym dłonią.  
           Kiedy odór zwróconego dzisiejszego obiadu i żółci czarnej zaczął sprawiać, że i mi zrobiło się niedobrze, wyszłam z łazienki. Nie chciałam wracać do naszego stolika, ale chyba nie miałam wyjścia. Głupio się czułam, że zostawiłam chłopaków samych, bo przecież ja ich tu ściągnęłam. Przechodziłam przez parkiet, kiedy poczułam dość silne szarpnięcie i czyjś dotyk na ramieniu. Odwróciłam się, przekonana, że stanę twarzą w twarz z jakimś obrzydliwym napaleńcem, ale odetchnęłam z ulgą, widząc Ashtona. Kiwnął głową w kierunku wyjściu na patio, więc ruszyłam zaraz za nim.
       Poczęstował mnie papierosem, gdy usiedliśmy na drewnianej ławce. Odpaliłam go i zaciągnęłam się, po chwili wypuszczając dym z płuc.
-Kim jest ten pajac? - spytał, patrząc na mnie z uniesioną brwią.
-To... Jack. - mruknęłam i wzięłam kolejnego bucha.
-Nie naciskać? - przytaknęłam mu i uśmiechnęłam się szeroko.
          Posiedzieliśmy na zewnątrz chwilę, wystarczająco długą, by spalić po fajce i zdecydowaliśmy, że idziemy wypić po jeszcze jednym drinku. Przy barze natknęliśmy się na trójkę najlepszych kumpli Ashtona i Charliego, którzy co sekundę raczyli się szotem wódki. Irwin przyłączył się do tego szalonego maratonu picia, ja jednak zamówiłam sobie kolejne Long Island, bo nie zamierzałam upić się dziś do nieprzytomności. No i przede wszystkim nie chciałam skończyć rzygając w łazience, bo niestety nie miałam nikogo, kto mógłby mi potrzymać włosy.
         Moi towarzysze byli już nieźle wstawieni, a ja śmiałam się jak głupia. Wystarczyło tylko na nich spojrzeć, a uśmiech sam wchodził na twarz. Calum podrywał barmankę, która ewidentnie nie była nim zainteresowana. Cóż, najwyraźniej obrączka na palcu serdecznym nie odstraszała mulata.
           Michael chichotał cicho, kiedy Charlie po raz kolejny nachylał się nad nim, by szepnąć mu coś na ucho. Poprzysięgłam sobie, że jeśli mój brat w jakikolwiek sposób skrzywdzi Clifforda, to nie ręczę za siebie. Czerwonowłosy wydawał się być bardzo w porządku, a ja wiedziałam jakim chujem potrafi być Charles.
         Luke przez dłuższą chwilę rozglądał się uważnie po parkiecie, by w końcu zniknąć w tłumie roztańczonych ludzi. Cóż, w tym klubie aż roiło się od napalonych lasek, które tylko czekały, by na horyzoncie pojawił się ktoś taki jak Hemmings. W końcu, która panienka oparłaby się urokowi nieziemsko przystojnego blondyna, o tak cudownym spojrzeniu? Żadna.
        Jedynie Ash siedział znudzony, kręcąc słomką w pustej szklance po coca coli. Uparcie nad czymś rozmyślał, bo przygryzał policzek od środka i mrużył oczy. Chciałam spytać, co go gryzie, ale z drugiej strony nie chciałam psuć mu nastroju. Dopiłam drinka i zeskoczyłam z wysokiego stołka. Chwyciłam Irwina za nadgarstek i pociągnęłam go w stronę parkietu.
       Jakimś cudem udało nam się przecisnąć na moją ulubioną miejscówkę - między dwoma betonowymi filarami, na lewo od konsoli DJa. Charlie wiedział, gdzie mnie szukać, jeśli nie było mnie przy stoliku, ani przy barze. Wśród podrygujących osób, ściśle ze sobą stłoczonych, dostrzegłam kilka znajomych twarzy, ale nie miałam ochoty na spoufalanie się.
          Przymknęłam powieki i dałam się ponieść głośnym rytmom ciężkiego drum and bassu. Wypity chwilę wcześniej alkohol zdawał się doskonale przeze mnie przemawiać, bo czułam na sobie wiele spojrzeń. Niestety - dla napalonych na mnie facetów - Ashton, ciasno obejmujący mnie w talii, dawał wszystkim do zrozumienia, że dzisiaj nie jestem do wzięcia. Musiałam przyznać, że wcale mi to nie przeszkadzało. Co jakiś czas podśpiewywałam pod nosem fragment piosenki, widząc, że Irwin robi to samo.  W pewnym momencie odwróciłam się plecami, unosząc ręce do góry. Przycisnął mnie do siebie, łapiąc mnie za biodra. Moje ciało jakby samo zrozumiało aluzję, biodra poszły w ruch. Przygryzłam wargę, próbując się nie roześmiać, kiedy poczułam, jak jego mięśnie odrobinę sztywnieją.  Cóż mogłam poradzić? Uwodzenie i niewinny flirt miałam we krwi.
-Przestań to robić, Thea. - mruknął mi do ucha, kiedy po raz kolejny - niezupełnie przypadkiem - otarłam się o niego.
-Co robić? - zerknęłam na niego przez ramię, uśmiechając się cwaniacko.
-Nakręcać mnie. - mocniej wbił palce w moją skórę.
-Oh, przepraszam najmocniej. - znów się obróciłam i zarzuciłam mu ręce na szyję. - Nie miałam pojęcia, że tak na ciebie działam.
-Taki kit możesz wciskać komuś innemu. - prychnął, a ja zachichotałam. - Ruszasz się całkiem seksownie.
-Czyżbyś próbował mnie poderwać, Ash? - popatrzyłam na niego wyraźnie rozbawiona.
-Nie muszę. - wzruszył ramionami. - Wystarczy, że zrobię tak.
          Zjechał dłońmi na moje pośladki i lekko je uścisnął, co sprawiło, że prawie podskoczyłam.
-Albo tak. - nachylił się, aby szepnąć mi na ucho.
        Jednym ruchem zarzucił mi włosy na plecy i jego usta znalazły się na mojej szyi. Zadrżałam, gdy delikatnie zassał skórę. Przysięgam, że poczułam jak łapie mnie gęsia skórka.
-Teraz to ty mnie nakręcasz. - uszczypnęłam go za ramię. - Zmywamy się?
-Do mnie będzie bliżej. - cmoknął mnie przelotnie i pociągnął w stronę wyjścia.
      Niemal biegliśmy przez całą drogę do mieszkania, kierowani czystym pożądaniem. Oprócz klaksonów, słyszałam jedynie stukot mych obcasów, szum krwi w głowie i głośny oddech Ashtona. Przyjemne ciepło gromadziło się gdzieś w moim podbrzuszu. Źródłem owego ciepła były nasze splecione dłonie, które w tamtym momencie wydawały się być wręcz idealnie do siebie dopasowane. Nie czułam się pijana, jakbym dzisiejszego wieczora nie wypiła nawet kropelki alkoholu. Nie martwiłam się o Charliego, czy resztę chłopaków, bo pewnie prędzej czy później domyślą się, gdzie i po co zniknęła nasza dwójka.

        Może Calum faktycznie miał rację? Tego wieczora jeszcze nie wiedziałam, że to iskrzenie, o którym mówił, okaże się być zgubą dla moich poglądów i moralnych zasad, których uparcie starałam się przestrzegać. 


***
Sama nie wiem co sądzić o tym rozdziale. Kończony dosłownie przed chwilą, więc jeśli znajdziecie jakieś błędy to przepraszam :> Oczywiście dajcie znać w komentarzach, co sądzicie. 
Rozdział na black monday powinien pojawić się też jakoś na dniach, najprędzej w poniedziałek, bo jutro (a raczej dzisiaj) jadę na osiemnastkę koleżanki i nie wiem czy się wyrobię. ;)
Kocham Was <3